Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stawił się dowódzca, z twarzą nie wesołą i blizną zalepioną od strzały.
— Na wiele czasu żywność mamy? — zapytał stojąc naprzeciw niego książę.
Oczy Drzazgi zwrócone ku panu odpowiedziały wprzódy niż usta...
— Dwie niedziele nie pomrzemy — rzekł — ale nie utyjem... Mąki mało... gąb przybyło... boć i jeńców dwudziestu kilku karmić trzeba...
Stali naprzeciw siebie milczący, książę się nagle odwrócił i dał mu odprawę ręką.
Popatrzył w okno, przeciągnął się i jak kłoda obalił się na swe łoże, rękę podkładając pod głowę. Fryda chodziła po izbie, Buśko siadł w kącie i spoglądał ku niemu...
Czuła Bodczanka że chwila to była stanowczego przełomu; spróbowała słowem wlać w niego męztwo...
— Gdy się spodziewać nie będą, wycieczkę niech zrobi Bylica... Żywność rzeką by podwieść można.
— Gdyby była — odparł Biały. — Zamek ścisnęli jak w garści, nie wymknąć się i myszy z niego. Dwie niedziele... a potem!
Nie dokończył.
Zerwał się niespodzianie z łoża.
— Dwie niedziele!... — począł tym dawnym głosem zwątpienia. — Wszyscy mnie opuścili, wszyscy — twoi... moi...