Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Milczący pił i jadł, gdy weszła Fryda. Spojrzeli na siebie. Kobieta postrzegła zmianę na twarzy, która była u niego zawsze wiernem ducha zwierciadłem. Oblicze ostygłe było, brwi nawisłe, oczy zagasłe.
— Kaźko zabit! — rzekł cicho... — Widziałem jak go kamień przywalił...
Dźwięk głosu osłabły, zachrypły — potwierdził to, co powiadały oczy.
Nie mówili prawie z sobą, Fryda każdy ruch jego śledziła. Gdy Buśko, który ustąpił, powrócił do izby, książę wysłał go na mury, dowiedzieć się czy walka nie rozpocznie się na nowo.
— Darmo słać — rzekł bajarz — darmo... Szturmu już oni przypuszczać nie będą.
Spojrzał nań Biały.
— Zwijają obóz? — spytał.
— Nie! — zamruczał Buśko — nie, mówią że ludzi darmo tracić nie chcą, gdy i tak wezmą nas głodem...
Książę się rzucił na siedzeniu.
— Nie pleć — głupcze — zawołał.
— Oni to plotą nie ja — szepnął Buśko i westchnął.
Wstał Biały od stołu i po izbie się przechadzać zaczął, resztka energii drgała w nim, mając skonać...
— Drzazgi zawołać! — krzyknął.