Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zrozumieć do czego on mógł służyć. Wbite w pośrodku dwa pale, widne z daleka, sterczały dla patrzących zagadką...
W nocy Sędziwój się nie kusił pod zamek. Ludzie jego, którzy pod przekop podchodzili i ze stojącemi na murach mieniali obelgi i pogróżki, krzyczeli, że choćby do zimy tu stać mieli, od Złotoryi nie odejdą...
Ciemności dopiero sprowadziły krótką ciszę, jak na brzask w obozie ruszać się poczęto.
Tę chwilę przygotowywania do nowego szturmu wybrał właśnie Biały na ukaranie zdrajców.
Sędziwój z Bartkiem starostą Kujawskim tylko co byli wyjechali od namiotów dla obejrzenia murów i narady co dalej poczynać, gdy wielką furtą Bylica z pachołkami wyprowadził młynarzy na stracenie. Hankę, który na nogach popalonych stać nie mógł, dwaj pachołkowie pod pachy ująwszy, nieśli do zgotowanego dlań słupa. Oprawca na stryczku ciągnął Mańka do drugiego... Czeladź zażegnięte pochodnie niosła...
Widok ten dziwny i straszny wstrzymał wojewodę i starostę. Hanko ku nim błagając ręce wyciągał... napróżno...
Nad wrotami naprzeciw stał Biały i niecierpliwie na stos wskazywał...
Wnet skazanych sznurami przykrępowano do słupów, i suchy chróst i łuczywa u nóg ich podpalono. Dym kłębami wzniósł się do góry...