Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dzień pamiętny w mojem życiu — zawołał. — Poznali że wywłoka potrafi walczyć — i serca mu z piersi nie wyjęły mnichy...
A jutro... zobaczą że bezkarnie zdrady, choćby zamierzonej nie puszczę...
Fryda podniosła głowę i pytającym okiem nań rzuciła...
— Tak — ciągnął dalej Biały — kazałem u murów pod przekopem, naprzeciw obozu nałożyć stos... Na śniadanie upiekę im na nim Hankę i jego zięcia!!
I wyrazy te i głos jakim wymówione były zdumiały tak i przestraszyły Bodczankę, że się z posłania porwała...
Widząc niedowierzającą, książę powtórzył...
— Tak — jutro do dnia obu ich na stosie spalić każę, niech widzą że się poddawać nie myślę i do ostatka bronić będę... Toć przyjaciele Sędziwoja i jego sprzymierzeńcy, niech giną.
Fryda nie zebrała się na odpowiedź, gdy Biały popatrzywszy na nią, nie chcąc spoczywać, chwycił tylko ze stołu dzbanek z winem, nalał kubek, wychylił go duszkiem i wyszedł z trzaskiem drzwi zamykając za sobą.
W istocie niespodziany ten widok, nadaremnego już okrucieństwa przygotowany był na ranek następny...
Z obozu widziano nakładny stos, niemogąc