Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się skończy, mówił uradowany po drodze... lecz, jeśli Biały się spodziewa, że ja go wolno puszczę, myli się srodze... Odeślę królowi, niech z nim czyni co chce... gotów mi raz jeszcze powrócić i wichrzyć.
Zmierzchać zaczynało, gdy zamek się ukazał, tak jakby w nim wszystko usnęło, nie objawiający żadnego znaku życia...
Na murach nikogo nie było.
Widok oddziału posuwającego się ku wrotom jawnie, nikogo nie zbudził. We wrotach wielkich ciężka brona żelazna, która je zawierała, była podniesioną.
Frydruszowi z Uścia aż serce rosło, Sędziwój też cieszył się, a rycerstwo z pośpiechem ustawiło się też przy wrotach, które Mańko kluczami jakie miał, odemknął...
Podwórze zamkowe w które wzrok mógł sięgnąć — puste się zdawało.
Chciał zaraz Sędziwój sam wjechać już na zamek, gdy pierwsi przodem jadący nacisnęli się i poczęli wciągać...
Tuż za niemi jechał Frydrusz Wedel i właśnie pod wzniesioną kratą, obciążoną dwoma ogromnemi głazami znajdował się, gdy Biały, który niespokojnie patrzał na wchodzących — aby ich zbyt wielu nie puszczano, dał znak i ciężka brona żelazna z trzaskiem padła z góry, brzęcząc łańcuchami i gniotąc mężnego rycerza, który z jed-