Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jako chciał do samego Sędziwoja, który podczas w namiocie z jednym tylko Frydruszem z Uścia się znajdował.
Rycerz to był odważny, dzielny, w sile wieku a wojewodzie wielce ulubiony.
Mańko, choć pragnął się niewydać z boleścią która go tu przygnała — aby teścia ocalić, stanął przed wojewodą tak pomięszany, iż zaledwie mógł mówić. Sędziwój usłyszawszy wesołą nowinę, nie zważał na to jakim głosem była wypowiedziana. Ucieszył się niepomiernie...
— Cichoż — zawołał, — oprócz mnie i Frydrusza nikt o tem niepowinien wiedzieć. — Pójdziemy my sami i zabierzemy tego warchoła, który o to już czasu tyle na nogach nas trzyma! Bogu niechaj będą dzięki.
Mańko na dowód klucze okazywał...
Rzecz się zdawała tak prawdopodobną, iż najmniejszego podejrzenia i wątpliwości nie obudziła...
Sędziwój nie przez zazdrość jakąś, aby drudzy w sprawie tej udziału i zasługi nie mieli ale aby nie poruszać obozu i niepotrzebnie go w niepokój nie wprawiać, zamilczał o tem przed innemi dowódzcami...
Drugiego dnia on sam z Frydruszem i seciną ludzi wyruszył ku Złotoryi, jakby tylko na zwiady szedł...
— Nareście wojna ta głupia i niepoczciwa