Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nym krzykiem rozdzierającym padł z koniem razem rozbity na miazgę...
Cisza, która dotąd panowała na zamku — wrzaskiem podniesionym w wojsku pozostałem wojewody i tem, które wpadło do Złotoryi — przerwaną została...
Na murach zjawili się ludzie rzucając pociski, w podworcu napastowano dwudziestu kilku pochwyconych i rozbrajano wylękłych.
Sędziwój stał jak skamieniały z boleści, szczególniej po Frydruszu, którego miłował bardzo. Łza mu się zakręciła w oku.
— Pomszczę go lub żyw niebędę! — zakrzyczał, wołając do powrotu...
Książę tryumfował na całe gardło wrzeszcząc.
— Zdrada za zdradę! ząb za ząb!...
Sędziwój nie miał się czasu oddalić, gdy Biały wypadł na blanki i pięść mu pokazując, lżyć go począł i odgrażać mu się.
Wojewoda wzgardził tem, i milczący odjechał.
Ci co weszli na zamek, musieli się poddać... Rwano od nich oręż z rąk, zdzierano zbroje, ogołacano z odzieży — naigrawając się nielitościwie. Bylica śmiejąc się, chwytał co było najlepszego przy rycerstwie, przywłaszczając sobie łup chciwie... Ludzi obnażonych w części do więzienia zamknięto, częścią pod straż do usług przy zamku naznaczono.