Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


starym, i ofiarując okup, życie swe, wszystko, byle życiem go darował.
Hanko sam milczał.
Księciu oczy dziko zaświeciły...
— Masz jeden sposób ocalenia jego i siebie — zawołał podniesionym głosem. — Pójdziesz natychmiast do obozu Sędziwoja, i powiesz mu odemnie — rozumiesz! ażeby jutro się tu stawił z ludźmi niewielą, a ja otworzę mu zamek i poddam[1] Powiedz, że głód nas do tego zmusza...
Puścim ich tu... puścim, a potem wyrzeżem do nogi!
To mówiąc książę zatarł ręce i śmiał się.
Mańko klęczący, objął nogi jego i poprzysiągł, że sprawi jak mu przykazano.
Hankę, który na popalonych nogach stać niemógł i jęczał z bolu strasznego, kazał książę pachołkom wziąć i rzucić do więzienia.
Sam, jak gdyby już był zwycięzcą — wyszedł zaraz chwalić się tem co uczynił do Frydy.
Krzyk i wrzawa w czasie tego okrutnego męczeństwa na dole dokonywającego się, już były Bodczankę zaniepokoiły i — domyślając się jakiegoś wypadku, biegła szukać księcia.
Drżący z gniewu i szału w jaki wpadł, Biały począł żywo, jąkając się, bełkocząc, śmiejąc dziko, opowiadać jak wielkiego dokonał czynu.

Czekał od niej pochwały i uwielbienia dla

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.