Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chodnie, nogi obnażył staremu — i — gdy książę, nieco strwożony cofnął się w głąb od tego widoku, sam począł z czeladzią piec stopy młynarza...
Czas jakiś Hanko jęczał tylko, wyrywały mu się krzyki boleści, które cały zamek ściągnęły pod okna... zbiegli się ludzie...
Bylica, który serce miał okrutne... swoje robił — nogi się skwarzyć poczęły, Hanko rzucał się w boleściach okrutnych, naostatek krzyknął, że powie wszystko...
Natychmiast książę dał znak, i pochodnie od popalonych już stóp odjęto...
— Mów — zawołał przystępując Biały...
Wejrzenie, które Hanko rzucił na niego, pełne było wzgardy i gniewu...
— Tak! — krzyknął młynarz. — Zamek i ciebie poddać chciałem, ale nie ja jestem zdrajcą tylko ty, coś przeciw królowi twemu i mężowi siostrzenicy swej szedł zdradą — tak, słałem do Sędziwoja, byłbym mu wrota otworzył, aby dla ciebie ludzie darmo nie ginęli...
Biały, gdyby nie wstyd jakiś, sam byłby się rzucił na młynarza — ludzie bić go poczęli, Bylica mu gębę policzkiem zamknął.
Widok był straszny i przejmujący. Zwiększyło okropność to, że wpadł na krzyk zięć Mańko, który jak szalony rzucił się naprzód do teścia, potem na kolana przed księciem, błagając go za