Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakiego naówczas używano do wyciągania stawów, nie było na zamku.
Uszedł by może podejrzany Hanko, gdyby w progu zbójów Bylica, który wszędzie księciu się nastręczał, nie pokazał się ze złym uśmiechem na skrzywionych ustach.
Miał on do młynarza srogą urazę, że mu się obedrzeć nie dał i obchodził się z nim lekceważąco.
— Miłościwy książe — rzekł przestępując próg i kłaniając się nisko... Nie potrzeba ani klub, ani żadnego przyrządu — my umiemy i bez tego z ludzi prawdę wyciągnąć...
Biały słuchał — A, jak?
— Niech mi, miłość wasza pozwoli, ja go tu zaraz jak należy wyspowiadam.
Hanko spojrzał nań, jakby o miłosierdzie błagał, ale już było zapóźno. Bylica zemsty pragnął.
W pośrodku izby stał ciężki, ogromny stół dębowy; na dany przez księcia znak, Bylica z wielką rozkoszą i wesoło, jakby na zabawę szedł, z pachołkami ujął Hankę, związał go i na ów stół wyciągniętego położyć kazał.
Nieszczęśliwy starzec drżał niewiedząc co z nim poczną, błagając księcia o miłosierdzie, i poprzysięgając, że jest niewinny. Nic to niepomogło...
Bylica pachołkom kazał przynieść świece i po-