Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bartek z Więcburga napadł na mnie... musiałem mu się odcinać... Jeszcze czuję jak w hełm mnie kordem raził, że mi oczy się iskrami posypały... Lasota mnie wyzwolił...
Tak — Buśku — tak — mądrym zapóźno, dobrze było w Budzie... Odurzyli mnie... i opuścili...
Frydzie dosyć było tego urywka rozmowy, ażeby zrozumieć co się z księciem działo. Drgnęła z trwogi, aby po tej klęsce nie wyrzekł się wszystkiego. Wtargnęła żywo do izby, Buśko zobaczywszy ją głowę spuścił, nogi zaczął panu obwijać i — przypadł milczący.
Bodczanka, choć w duszy jej było chmurno i krwawo, okazywała twarz wypogodzoną.
Biały popatrzał na nią i niemal się zasromał. Ruszyła ramionami.
— Ludzie rozpowiadają — zawołała — że tam więcej zbiegło niż padło? Co dziwnego? Nie inaczej się żołnierz wojować uczy tylko klęskami. Drugi raz lepiej bić się będą.
Już powracają... brama się nie zamyka tyle ich przybiega zewsząd...
Potrzeba tylko silnej ręki, aby ich ujęła... Lasota, szkoda Lasoty...
— Padł — rzekł krótko książę.
— Drzazga go zastąpi — podchwyciła Fryda żywo.
Zbliżyła się do łoża.
— Ranni jesteście? — zapytała.