Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nich, w kilka godzin nadbiegać zaczęli pojedyńczo i gromadkami zbiegli z pogromu pod Gniewkowem...
Coraz to kratę w bramie podnosić było potrzeba i wpuszczać ich, porąbanych, krwawych, rozbrojonych, wlokących pokaleczone konie.
Nadspodziewanie jednak wiele się ich nazad ściągało...
Fryda nie czekając rozkazów księcia, sama Drzazgę zawołała do siebie.
— Pilno mi strzeżcie zamku — rzekła surowo — zdaje na was książę wszystko... Nie jeden raz wojsko nieprzyjaciel pobije, a jutro ono odwetem zapłaci...
Nie dajcie siać trwogi.
Wróciła sama do Białego, którego Buśko nie opuszczał. Słysząc cicho prowadzoną między niemi rozmowę, przytuliła się do drzwi i — zaczaiła na progu...
Buśko jękliwym głosem odzywał się do pana.
— Było nam, było rwać się tu na te złowrogie zgliszcza? Albośmy się tak źle mieli z mnichami? a nie tam to w Budzie i Wyszehradzie nie można było żyć? A czego nam brakło? Zawierzyłeś złym ludziom...
— Bogdajbym był ich nie znał — zdrajcy — jęczał książę — wszyscy zdrajcy... Jeden Lasota osłaniał mnie i bronił. Bylica uszedł...