Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzieję? Ludzie się pewnie rozpierzchli tylko... zaczną się zbierać znowu...
Padł Lasota?
— Nie wiem — mruknął książę. — Bylica nie broniąc mnie uszedł w lasy...
Widząc że z zaniemiałego nagle księcia, któremu głosu brakło, niczego się nie dowie — Fryda wyszła z izby... Na podsieni stali ci co z księciem powrócili...
Jeden z nich Jasiek Zrąb płakał opowiadając i spoglądając na ucięte palce u ręki, które w krwawą płachtę zawiązane były...
Fryda przystąpiła do niego...
— Padło wielu? — zapytała go.
— A! poboiszcze trupami usłali — krzyknął Jasiek. — Krew się lała strasznie. Myśmy ledwie się przerąbali przez tłumy... Któż mógł podołać takiemu żołnierzowi, okutemu w żelazo, gdy nasi i tarcz nie mieli? Cośmy my warci byli przy nich? Rzuciwszy się na nas odrazu złamali... nikt im nie dostał.
— Lasota? — spytała Fryda, na nim widać pokładając nadzieję...
— O! ten się bił — rzekł Jasiek — i porąbali go... widziałem jak padał. Nie wiem czy się podniósł...
Na zamku niepokój straszny powstał... Garść załogi trwożyła się, aby Kmita z Bartoszem nie przyszli zaraz pod Złotoryę. Tymczasem zamiast