Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z dziedzińca dochodziły ją wykrzyki ciurów, którzy z księciem wrócili, jakiś straszny pogrom opisujących... Lecz, potrzebaż było więcej co nad widok tego zbiega — aby domyśleć się, że na głowę został pobity?
Po chwili długiej oczekiwania trwożnego, Biały, wychyliwszy kubek wina, który mu podał Buśko... podniósł się na ręku, spojrzał dokoła obłąkanemi oczyma i zawołał.
— Pod Gniewkowem — pod samym zamkiem moim, była bitwa... Jaśko Kmita i ten łotr Bartek z Więcburga napadli mnie. Siły mieli przemagające... Biliśmy się mężnie... ja sam.. wszyscy... Lasota... tylko ten zbój Bylica, zdrajca, zawcześnie pierzchnął ze swemi...
Potem... trupy leżały... poszli wszyscy w rozsypkę... samo czwart ledwie wyrwałem się, gdy mnie do niewoli już brać mieli...
Koń padł około Nieszawy... Szczęściem czółno się znalazło... ocaliło mi życie...
Obalił się na łoże i jęknął.
Fryda słuchała blada jak mur a drżąca, spojrzała na zrozpaczonego i powoli się zaczęła podnosić, wstała — twarz znowu oblał rumieniec...
— Nie wszystko jeszcze stracone przecie — zawołała głosem drżącym. — Złotorya została wam... Nie wiem czy Gniewków wzięli! Wszakżeś poczynał z mniejszem...
Nie już dla jednej klęski tracić męztwo i na-