Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz mógłże to być on?
Sam jeden, na łodzi — bez wojska... bez orszaku??
Fryda nie mogąc wytrzymać, zarzuciła na ramiona płaszcz i tylnemi wschodkami wyszła z zamku ku rzece.
Na ścieżce, która ku niej prowadziła — spostrzegła idącego wprost ku sobie księcia.
Dość było nań spojrzeć aby zgadnąć co się stało. Zuchwały ów rycerz, zdobywca przyszły — szedł chwiejąc się na nogach, blady — a twarz jego wyżółkła, nagle schudła, oczy wpadłe — usta sine... czyniły go podobnym do powstającego z łoża choroby, wracającego od wrót śmierci.
Fryda stanęła zakrywając sobie oczy — nie śmiała go pytać. On — zatrzymał się nieco — potoczył wzrokiem błędnym do koła, tchnął i począł nic nie mówiąc ku zamkowi się posuwać.
Trzech ludzi odartych, porąbanych, wylękłych wlokło się za nim...
Nie mówiąc nic Fryda zawróciła się nazad... Szli za nią.
Książę spieszył do izby swej, wszedł do niej, zaledwie na Frydę spojrzawszy, odpasał miecz z pochwą otartą, odpiął zbroję i — rzucił się na łoże... Buśko już leżał u nóg jego, Fryda przyklękła w głowach...
Cichym głosem zażądał napoju. Buśko pobiegł po wino... Fryda nieśmiała go wypytywać...