Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czeladnicy ciągle coś ciosali, lecz i liczba ich się zmniejszała i budowanie szło coraz opieszelej.
Na to mało kto zważał, bo wszyscy myśleli tylko co się dzieje z księciem i jego ludźmi. Głucho o nich było...
Fryda kładła się do łóżka z gorączką, sen ją odblegał — wstawała chora... Na chwilę zdrzemnąwszy się widziała w marzeniach najstraszniejsze obrazy...
Jednego ranka tak, nie mogąc zmrużyć oka, zerwała się z pościeli, otworzyła okno, i wlepiła oczy w mglisty obraz jesienny...
W dali podnosiły się opary z łęgów jak zasłona, rzeka płynęła wezbrana i mętna...
Około poczętych statków zaczynali zbierać się ludzie, którym do roboty nie było spieszno...
Nagle na wodach rozlanych, ukazała się łódź wielka, pędząca spiesznie, i kierująca się jakby pod zamek...
Kilku wioślarzy leżąc na wielkich wiosłach, któremi pędzili ją, oglądali się niespokojnie do koła... Jakiś mężczyzna otulony opończą stał w pośrodku... ludzi kupka go otaczała.
Fryda zobaczywszy barkę, niepodobną do innych, widywanych co dnia, drgnęła niepokojem i przeczuciem jakiemś... Im więcej się zbliżała łódź ku brzegowi, tem oczy jej uparciej w człowieku stojącym z głową spuszczoną, chciały dopatrzeć podobieństwa z księciem...