Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przyszłość jej wydawała się straszną, bo na nim polegać nie mogła. Mówiła sobie ze łzami na oczach — pójdę do klasztoru, zamknę się gdzieś w murach i umrę...
Po wyjściu znaczniejszej części załogi i ciurów, którzy zamek przepełniali — zrobiło się pusto, cicho — grobowo...
Zdala dochodziło tylko powolne u brzegu rzeki ciosanie robotników Hanki i niekiedy ich głosy...
Drzazga, czując się na zamku słabym i bojąc napadu... — miał na baczności...
Po całych dniach obchodził mury, wdrapywał się na baszty, opatrywał straże — zaglądał ku wrotom.
Wszystkich zarówno z Frydą opanowywał niepokój — Buśko pił, płakał i siedział w kłębek zwinięty, przysłuchując się najmniejszemu szmerowi.
Fryda, która nad wszystkich była niespokojniejszą — miała zapewnienie iż gońcy jej będą znać dawali, co się stanie z wyprawą.
Parę dni jednak upłynęło bez żadnej wiadomości. Na zamku nikt się nie zjawił. Hanko tylko pod jakimś pozorem wysunął się ze Złotoryi, zniknął. Powrócił potem, a zięcia wysłał.
Oba chodzili tak przybici, niespokojni, a tak się mało troszcząc o powierzoną robotę, jakby wcale co innego mieli na myśli.