Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjąć walkę i strzymać się od niej, gdy źle wypaść może...
— Tak — gorączka boju mnie opanowuje łatwo — przerwał książę — będę się ją starał hamować...
— Potrzebna i ona jest — odparła Fryda — ale nadewszystko potrzebne ci to przekonanie, iż choćby się nie powiodło — ducha zachować i wytrwać powinieneś.
Książę nie mógł nigdy znieść, gdy mu o niepowodzeniu mówiono, poruszył się zaraz.
— Nie może się mi nie powieść — odrzekł gwałtownie — na cóż czynić takie przypuszczenia? Oni wielkich sił nie mają — a moi już się im dali we znaki? Bylicę znają!! Pamięta go Kmita.
Rozśmiał się głośno; Frydę ta zarozumiałość trwożyła.
— Tak, mój książę — odezwała się. — Bylica jest zręczny napastnik, twoi ludzie są śmiałe łotry, ale nie żołnierze prawdziwi. Wolałabym dwudziestu sasów mego brata Ulryka, niż ich całą secinę.
Dotknięty tem lekceważeniem swych ludzi, Biały rzucił się niespokojny i prawie gniewny.
— Obejdę się bez sasów waszych — krzyknął, stoją w boju twardo, to prawda, ale ciężcy są i obracać się nie umieją.
— A takich by ci właśnie było potrzeba, aby