Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wstał książę niepostrzegłszy że bajarz ramionami zżymnął, i poszedł do komnaty Frydy.
Buśko siadł na przypiecku i spuściwszy wyłysiałą głowę — którą pokrył czapeczką czarną, pono jeszcze z Dyżonu wywiezioną — śpiewać począł bardzo po cichu...

Wybiera się czajka za morze,
A no, coś tam przeszkadza nieboże...
Co podleci do góry to padnie...
I na jutro znów podróż odkładnie.

Biały stał w progu patrząc długo na siedzącą w oknie Frydę, która z brwiami namarszczonemi, smutna, oczyma kędyś uleciała z myślami, daleko za mury zamkowe...
Czuła ona że książę się zbliżał i zdawała się niechcieć spojrzeć ku niemu...
— Wiecie co — zawołała nagle — gdyby nie wstyd i nie to że w Złotoryi też trzeba kogoś, coby czuwał, gdy wy wszyscy wyciągniecie — siadłabym na konia z wami...
Biały głową potrząsnął.
— Na to bym nie pozwolił — bąknął.
— Lękam się — rzekła powoli Bodczanka — lękam się.
Książę nie dał jej mówić.
— Cóż to w moje męztwo nie masz wiary?
— Owszem, gdy do walki przyjdzie nie wątpię o niem, ale być panem siebie, wiedzieć kiedy