Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na myśl mu przywiódł siostrę swą Frydę, a ona była najsilniejszym bodźcem do czynu...
— Co dalej? — powtórzył książę — to samo z siebie się rozumie... Wprawdzie nie powiodło się nam w Raciążu, lecz powetowaliśmy to na Gniewkowie, mamy dwa zamki. Na tem poprzestać nie myślę...
Spojrzał w oczy Ulrykowi.
— Chcę się nieco obwarować tu, aby mi lada kto Gniewkowa nie odebrał, którego zresztą mieszczanie strzedz i bronić mi pomogą, trzeba wzmocnić Złotoryę, a potem...
— A potem? — spytał ciekawie Ulryk.
— Potem — pójdę na Szarlej, a może na Inowrocław... — odparł Biały z dumą i pewnością siebie...
— Nim to nastąpi — odezwał się Ulryk — ja z mojemi sasami muszę do Drzdenka... Spocząć trochę im dać trzeba i koniom — a, kto wie, może się przyjdzie bronić w domu, bo mnie gotowi karać za to, żem wam pomagał.
— Nie będą śmieli — żywo począł Biały — który sam się potrzebował łudzić... Widzicie sami że mi ludu co chwila przyrasta... Jak tylko pójdzie wieść żem Gniewków wziął, że Krystyn i Gerard w moich rękach, popłoch padnie na nich... Nie będą śmieli...
— Lecz, choćby nie dla obrony Drzdenka, a dla spoczynku potrzebuję do domu — dodał