Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odrywane okiennice jakby po rabunku i spustoszeniu — ogołoconym go czyniły i smutnym...
Książę stanął i ze zgrozy jakiejś a smutku wpadł w niezmierny i niepohamowany gniew, którego niemiał na kim wywrzec — padłby by, ofiarą jego Gerard, gdyby nie ta myśl, iż za niego okup znaczny uzyskać może... a zyskanie grosza, było dlań pierwszą potrzebą...
Spiesznie tłumiono ogień i ku północy dymiły tylko pozalewane węgle, a w środku zamku sasł[1] i ciury wesoło obchodzili zwycięztwo, do którego mało się przyczynili.
Biały siedział podparty za stołem, który dlań przyniesiono, i razem z Ulrykiem dopijał wydobytego kędyś ze schówki tajemnej miodu...
Misa strawy, którą przyniesiono z miasteczka stała pomiędzy niemi. Milczeli oba.
Ulryk, dla którego pono ciekawą zagadką był ten człowiek, któremu pomagał uproszony przez siostrę; badał twarz księcia mieniącą się najrozmaitszemi wrażeniami myśli, które po nim przechodziły...
Można było w istocie śledzić te fale zwątpienia i zapału, dumy i obawy, które uderzały w piersi księcia i wiły się po głowie jego...
— No — cóż dalej? — zapytał wesoło z obojętnością prawdziwie rycerską Ulryk — co dalej zamyślacie?

Biały zaciął usta — dumał — spojrzał — Ulryk

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – sasi.