Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lecz jednomyślnie postanowiono pomagać mu gdy się tylko ukaże.
Biały rachował też na to... Wyprzedził on sasów, i choć nie wielką miał gromadkę z sobą, wszedł z nią do miasteczka...
Czekano nań... ruszyło się co żyło naprzeciw, i co tylko drąg okuty, pałkę, topor dźwignąć mogło, ogromną kupą stanęło przy nim, okrzykując go...
Godzina była ranna — dzień skwarny, Gerard, choć czujnym był, niespodziewał się napaści w tej porze. Natychmiast bramy zawarto, ludzi porozstawiano, wrzawa od miasteczka, łatwo się było domyślać, co zwiastowała...
Obyczajem swym Biały ruszył naprzód prowadząc za sobą owo pospolite ruszenie wprost do wrot, wywołując na rozmowę.
Gerard wysłał mu tysiącznika prostego...
Od księcia nakazywano poddać się pod karą główną... i otwierać bramy. Tysiącznik odpowiedział z rozkazu tak nieprzyzwoitym ruchem, iż dalsze z nim układy stały się niepodobieństwem...
Nadciągnęli tymczasem sasi z Ulrykiem, który nie bawiąc się w żadne gawędy, zaraz zamek objeżdżać zaczął i opatrywać, zkądby był najprzystępniejszy... Z miasteczka drabin, kozłów, rusztowania wszelkiego dostarczono obficie...