Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Złemi oczyma spoglądano, gdy Gerard z innych zamków począł sprowadzać do Gniewkowa przybory wszelkie których tu brakło...
Jakiemi siłami naówczas napadano i broniono się — można mieć z tego wyobrażenie, iż nie licząc czeladzi, pachołków i gawiedzi licho zbrojnej, która nie na wiele się przydać mogła, Gniewków miał dwudziestu dwu dobrze zbrojnych ludzi — a doliczając do nich dowódzcę, jego brata i dwu synów, było ich razem dwudziestu sześciu. Z tą siłą mieli pewność, iż — nie zajdzieli zdrada jaka, obronić się potrafią.
Wprawdzie sasi Ulrykowi i kupa licho zbrojna Białego znacznie była liczniejszą, lecz nigdy tylu do obrony nie potrzeba co do napaści. Gerard ze Słomowa nie spodziewał się w najgorszym razie ażeby książę mógł zebrać wielkie wojsko.
Wiadomo było z czego się ono składało, a pomocy Ulryka się nie domyślano — choć wiedziano że książę oddawna w Drzdenku bawił.
Nim nadciągnęli sasi — Gerard miał już pewne posłuchy, że się coś nań zbierać może. Zwołał starszyznę miejską i po żołniersku się z nią obszedł — zapowiadając że, uchowaj Boże, najmniejszego zdrady poszlaku, wieszać każe i ścinać — bez sądu.
Gniewkowskich mieszczan więcej to podrażniło niż nastraszyło. Wiedzieli już że książę nadciągał, umyślili siedzieć cicho do jego przybycia,