Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niecierpliwy, nie usłuchał rady Ulryka, aby w lesie spocząć do nocy, a później niepostrzeżonym podkradać się pod mury.
W biały więc dzień, gdy się orszak złożony z sasów i zbieranej drużyny księcia ukazał na równinie otaczającej gródek, postrzeżono ich zawczasu i na gwałt uderzono.
Ludzie biskupi lub przestrzeżeni byli, albo się mieli na baczności, bo nim podstąpiono pod mury, ludu się na nich zebrało siła — i wrota były zamknięte...
Tu się okazała wielka nieporadność bohatera, który nie wiedział co poczynać i odgrażając się a krzycząc tylko, wołał aby mu natychmiast zamek poddawano.
Ulryk tymczasem okrążył go dokoła. Tuż do zamku przypierał kościół z dzwonnicą, do której biskup Zbylut przybudował był ogromną izbę sklepioną, dla przyjmowania duchowieństwa, które się do niego zjeżdżało... Dzwonnica wprawdzie grubemi szkarpami podparta stała za mur okólny, lecz były w niej nieopatrznie zostawione okna bez krat i żelaznych okiennic, o których zdaje się zapomniano. Na skinienie Ulryka, któremu to dobywanie stało za najmilszą zabawkę, sasi się zgromadzili około niego, ludzi księcia i jego samego zostawując u wrót, nawoływających nadaremnie dowódzców i ucierających się próżno słowami.