Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stępem, wyłudzili obietnicami fałszywemi — idę powtórnie... nie jestemże wytrwały? żelazny?
Wśród tej rozmowy Ulryk wszedł do izby cały we zbroi świecącej, od stóp do głowy nią okuty, z szyszakiem wspaniałym w ręku, i nogą nogę uderzywszy, aż ostrogi długie zabrzęczały, zawołał raźno.
— No! Sasi moi nadciągają — ślijcie po waszych ludzi, aby się stawili na miejscu, w którem połączyć się mamy. Na Raciąż? Wiem że tamtejsze mnichy doskonały miód dla biskupa płockiego sycą. Napijemy się go...
Fryda nie myślała ich wstrzymywać. Aż do wsiądzenia na koń towarzyszyła księciu, opinając na nim zbroję, podając rękawice, wesołą twarzą otuchę wlewając w niego.
— Gdy Gniewków zdobędziecie — rzekła cicho — gotowam tam was odwiedzić?
Biały rozśmiał się wesoło, konie prychały wróżbą dobrą, Ulryk do swych sasów przemawiał, Fryda powiewała chustą białą — ruszyli więc bardzo żwawo i ochoczo...
Przez całą drogę księciu się prawie usta nie zamykały. Bawił Ulryka opowiadaniem o tem co ma czynić, a choć ten nie bardzo ufał w ziszczenie świetnych nadziei przyszłego szwagra, bawiły go one.
Razem z tem żadnej potrzebnej ostrożności przy najściu na Raciąż nie zachował książę.