Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zasłonie na głowie domyślił się, że to ona była, podniósł rękę do góry dając znak... którego jeszcze nie zrozumiała...
Pochyliła się ku bramie, gdy nadjeżdżający głosem wielkim zawołał.
— Złotorya nasza!
Fryda zbiegła na jego spotkanie, a tuż i Ulryk i Dobrogost, oczekujący także, nadciągnęli...
Powtarzał im coraz głośniej.
— Złotorya nasza!
Fryda rzuciła się ku niemu z okrzykiem radośnym.
Książę z wielką dumą i pewnością siebie — uśmiechnął się.
— Widzicie — zawołał — że nie jeden raz tylko umiem zamki zdobywać... Złotorya moja, Krystyn wzięty w niewolę, a pan szwagier będzie musiał za niego dobry okup zapłacić, jeżeli mu życie ocalić zechce...
Teraz Ulryk ze swemi sasami musi mi pomódz do dalszych zdobyczy.
Fryda zwróciła się żywo ku bratu.
— Gotów jest, idzie z wami.
Ulryk stał, choć może nie zbyt chętny, lecz zrezygnowany spełnić wolę siostry. Uśmiechało mu się też po spoczynku, spróbowanie czynne rycerskiego rzemiosła...
— Dokądże myślicie? — zapytał.
— Nim pójdziemy na Gniewków — począł