Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Fryda ręczyła za braci, a przez ojca Bodczę, którym władała, pewną była iż ich zmusi do dania posiłków narzeczonemu...
Z równym prawie zapałem, z jakim biegł do otwartych bram Złotoryi, poleciał teraz książę do Drzdenka, wiedząc, że tam niecierpliwie nań lub na wieść od niego czekają.
W istocie Fryda, która go na tę wyprawę uzbroiła w oręż, w ludzi i w męztwo — nie mogła na chwilę spocząć wyglądając niespokojna końca sprawy, którą sama przygotowała...
Była pewną iż Krystyn się da upoić, że rybacy dotrzymają danego słowa — lecz lękała się czegoś niespodzianego a najwięcej lekkomyślności i zmienności Białego...
Najmniejsza przeszkoda mogła go tak łatwo zrazić, jak się dał na krok ten namówić...
Wyglądając ciągle posła, Fryda wyszła na wyżki nad bramą, zkąd daleką okolicę widać było.
Zabiło jej serce, gdy zobaczyła kupkę jezdzców pędzącą wprost ku zamkowi.
Nie ulegało wątpliwości, że wieźli jej upragnioną wiadomość — poznała zdala samego księcia i przeraziła się w początku. Zdało się jej, z pośpiechu wróżąc, że mógł uciekać... Zagryzła usta i oddech wstrzymała, jeźdźcy zbliżali się szybko...
Wtem książę spostrzegł ją, a raczej po białej