Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brodusznym i powolnym, zdumiał się słysząc go odzywającego się głosem zmienionym i nakazującym...
— Na czas powierzę wam Złotoryę — ale mi głową za nią odpowiecie.
Drzazga spojrzał nań tylko.
— Tak — mówił z zapałem książę. — Nauczyło mnie — doświadczenie, że surowym być potrzeba... Będę okrutnym — będę nielitościwym — i wy powinniście nim być także...
Na krótki czas zmuszony będę się oddalić... bo na jednej Złotoryi nie poprzestanę, Ulryk tam czeka na mnie. Jadę natychmiast... Wy zostajecie tu... Powierzam wam tego łotra Krystyna... Z ciemnicy mu nie dać wyjrzeć! Chléb i woda!! I za niego mi odpowiadacie...
Pilno słuchał Drzazga, lecz książę nagle sparł się na ręku, oczy utopił w podłogę, zamilkł... Zabrakło mu już dalszych rozkazów...
Począł wołać o konie, dziesiątek ludzi miał tylko zabrać z sobą...
Buśko na ten raz pozostawał na straży przy Drzazdze...
Pilno było księciu pochwalić się swem powodzeniem przed Frydą, a oprócz tego przyrzeczone miał, gdyby Złotorya wziętą została, posiłki od Ulryka, Arnolda i Dobrogosta, którzy się razem z nim ofiarowali inne gródki iść zdobywać.