Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdało mu się, że teraz dopiero szło jak iść było powinno...
Buśko, który z konia się stoczywszy, poszedł pod ścianę pot z czoła ocierać, patrzał na swojego księcia i poznać go nie mógł. Nadzwyczaj był czynnym, sam się we wszystko mięszał, rozporządzał, rozkazywał.
Natychmiast kazał bronę spuścić, wrota zamknąć, straże postawić, nikogo nie wpuszczać... Przy sobie z lochów powiązaną załogę, dał po jednemu wyprowadzać... razem z Drzazgą wybierając z niej ludzi, którychby użyć można...
Zajęty był właśnie tem przebieraniem ludzi, którzy ze strachu do nóg mu padając sami się w służbę prosili, gdy okutego już Krystyna, otrzeźwionego strachem i wodą wywiedziono w podwórze...
Stary opój, chciał gwałtem się wyrywając ku księciu się zbliżyć, o miłosierdzie go prosząc, lecz na znak dany, pachołkowie mu gębę zatknęli i pchając gwałtownie, a bijąc do poblizkiej ciemnicy wrzucili, z której tylko wprędce stłumiony krzyk się dał słyszeć...
Czas jakiś Biały jeszcze sam po podwórcach się kręcił, chcąc koniecznie czynnym okazać, poszedł na blanki, wlazł nad wrota, opatrywał bronę, okrążał mury, właził do pustych komór, kazał sobie otwierać izby i szopy, sam przez się wszystko sprawdzając, aż w ostatku znużony,