Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z okna zamku usłyszała ten wyrok okrutny, stara żona i z krzykiem boleści, z załamanemi rękami wybiegła do księcia, rzucając się przed nim na kolana.
Cała we łzach, na pół omdlała — niewiasta, wzbudziłaby politowanie w każdym, i książę by też może miał nad nią miłosierdzie, gdyby świeżo nie poprzysiągł sobie, że okrutnym będzie...
Kazał ją odwracając się, pachołkom wziąć pod ręce i precz wieść, a zamknąć.
Rozległy się jęki i szlochanie, lecz książę był w takiem usposobieniu, iż boleść ta jeszcze go uczyniła zajadlejszym.
Przypomniał sobie iż ta kobieta była Sędziwoja rodzoną.
— Zamknąć mi i tę babę — zawołał — żebym wrzasku jej nie słyszał.
Gdy się to w dziedzińcu działo, pachołkowie, którym rozkaz dano okuć starostę, rzucili się z bydlęcą radością na niego, zrzucili uśpionego z łoża i ledwie rozbudzonego poczęli targać, miotać nim, najgrawać się, wiązać, wołając o łańcuchy...
Krystyn oprzytomnieć nie mógł. Jeden z pachołków wylał mu wiadro wody na głowę. Aż na dziedziniec dochodziły wściekłe jego krzyki. Wrzawa ta z którą się mięszały śmiechy oprawców, szczęk mieczów, brzęk niesionych kajdan — wcale nie raziła Białego.