Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a mroku mogło się wydawać mniej strasznem, mniej wstrętnem, ale teraz o białym dniu, w blasku poranka — ohydnem było.
Książę spojrzawszy na to wojsko swoje, którego dowódzcy, z wyjątkiem Drzazgi, nie lepiej się stawili — zarumienił się ze wstydu, serce mu się ścisnęło, upokorzony był tem, że zszedł na taką szuję...
On co na dworach cesarskim, papiezkim, Ludwika i tylu innych napatrzył się pięknego rycerstwa i sam wytworność lubił — zmuszony będąc posługiwać się temi zbójami pozbieranemi po lasach... uczuł gniew w sercu do tych, co byli jego upadku przyczyną. Na myśl mu też przyszło, jak on z taką zbieraniną odpadków ludzkich, ze śmietniska zagarniętą — potrafi się oprzeć wojsku Sędziwoja i króla Ludwika, jak będzie mógł ład i karność wśród nich utrzymać?
Na okrzyk wrzaskliwy, którym go powitano, książę ledwie dumnem głowy skinieniem odpowiedział, koniowi dał ostrogę i przebywszy most, wpadł na podwórce...
Tu, jeszcze z konia nie zsiadłszy, groźno zawołał gdzie był Krystyn starosta?
Drzazga stojący tuż odparł że śpi upojony, a straż ma u drzwi...
— Okuć go natychmiast i do najgłębszego wrzucić lochu... na chleb i wodę, pana szwagra wojewody...