Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Naówczas gdy jak kłoda leżeć będzie, mamy ludzi co nam wrota otworzą. Zamiast krwi przy zdobyciu Złotoryi, poleje się — tylko wino!
To mówiąc i uderzając w ręce, zawróciła się z poskokiem i zawołała nakazująco.
— Ale rozbudź że się, książę! Wstań, idź, każ ludzi pozbierać, bo się pewnie po wioskach rozleźli. Nie trać czasu, żywo!
Książę chciał już odchodzić posłuszny, gdy Fryda go, kładąc rączkę na ramieniu, zatrzymała.
— Złotoryę tak jak mamy! — rzekła — jestem swojego pewną! Nie popsujże mi książę znowu, to cośmy ledwie w części mogli naprawić.
Biały słuchał z pewnym rodzajem upokorzenia...
— Tak! — dodała — książę jesteś nadto dobrym... nadto łagodnym... Potrzeba być nieubłaganym, trzeba być okrutnym... Niech wszyscy drżą przed księciem... Pamiętaj!!
Stał jeszcze zadumany książę, jakby ważył co mu powiedziano... i chciał coś odpowiedzieć na to, gdy Fryda wyciągnęła rękę z uśmiechem.
— Daj mi na to rękę i słowo! — zawołała — będziesz srogim! Wielkie dzieła nie dokonywają się miękką ręką, krew lać się musi... Kto chce panować, musi walczyć, a co mu na drodze staje sprzątać... Tylko grozą dokazać coś można.
Paliły się jej oczy gdy to mówiła, rozjaśniła twarz, pierś poruszała się żywo, uczucie odmło-