Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O! niegodziwy! — zawołał książę — ale cóż na to poradziliście?....
— My? nic — ale Krystyn sobie poradził. Srom dla niego okrutny być wyrzuconym — pobiegł do szwagra, pojechała z nim żona, jęli modlić i błagać...
Fryda w ręce klasnęła.
— Wrócił Krystyn nazad do Złotoryi, poprzysiągłszy tylko, że jej do zdechu bronić będzie...
— No! i na ostrożności się teraz mieć musi! zawołał Biały — cieszyć się niema czem...
— Oh! oh, stary pijanica — zaśmiała się Fryda. — Oprze się on nieprzyjacielowi, nie wątpię, że z mieczem w ręku biłby się do ostatniej krwi kropli, ale miecz mu wytrącimy z dłoni.
Przykaż książę swym ludziom, aby pod Złotoryę byli gotowi i — zbliżyli się ku niej.
Zdumiony patrzał na nią Biały, śmiała się Fryda...
— Mam tam — rzekła — dobrze opłaconych ludzi, rybaków, którzy mu jutro wieczorem dobrą baryłkę mocnego wina z Torunia przywiozą i — pić ją z nim będą.
— Z rybakami, on? — zapytał powątpiewając książę.
— Piłby choćby z parobkami, byle pić, a wino było dobre — podchwyciła Fryda. Przyrzekli mi, że go w śmierć spoją.