Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja to jeszcze w refektarzu czasu postu u Benedyktynów, gdy śmierdzącą oliwę dawali — powtarzałem — rzekł poważnie — powtarzałem to nieraz mając buty dziurawe, a książę się śmiał ze mnie.
Biały już może myślał o czem innem, fantazja jego ciągle się na nowe przerzucała drogi.
Po wieczerzy był wesół bardzo, kazał grać i śpiewać Buśkowi; kazał ludziom wytoczyć piwa, być dobrej myśli, krzyczał głośno i naśmiewał się ciągle powtarzając jedno, że gdzie on czterech ludzi potrzebował, to Sędziwój kilkuset.
Nazajutrz do dnia po tem rozweseleniu sztucznem, zrana wstał Biały, wybladły, zestarzały, bezmówny i na rękach sparłszy głowę wzdychał. Po cichu znowu przyznał się Buśkowi że wszystko było — stracone.
Tymczasem Gniewosz wyprawiony na zwiady pociągnął ku Włocławkowi.
Przez cały dzień wlokąc się w słotę, która nagle go zaskoczyła po upałach, nie spotkał nikogo z kimby się mógł rozmówić. Po gospodach przejezdni mówili, że Włocławek był wzięty, ale że przy obleganiu go Sędziwója[1] nie było... tylko z ręki jego Jaśko Kmita... Zawczasu stanął na nocleg Gniewosz w wiosce kościelnej i na probostwo poszedł do znajomego plebana.

Zdziwił się znajdując tu, choć już było po

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwoja.