Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zielonych świątkach, świeżym tatarakiem wysłane izby, umiecione podwórko i jakieś przygotowania jakby na przyjęcie gości.
Proboszcz ksiądz Wawrzyn powitał go z uśmiechem.
— Nie wiecie rychło wojewoda nadciągnie?
— Jaki?
— A no — przecie go pewnie poprzedzacie — nasz pan Sędziwój.
— Ale ja o bożem świecie nie wiem — odparł cofając się Gniewosz — a jeśli się go spodziewacie, nie będę wam natrętnym.
— Owszem, zostańcie — prosił ks. Wawrzyn... tylko co go nie widać.
Chciał złapany tak stary wyśliznąć się, ale nim go proboszcz puścił, już wojewoda z dworem swoim nadciągnął. U wnijścia zobaczywszy i poznając Gniewosza, zawołał nań.
— Chodźcie na plebanję, dobrze żem was napytał; mam mówić z wami.
Stary trochę ścierpł, lecz strachu po sobie pokazać nie chciał.
Chwila upłynęła, nim wojewoda się rozłożył, przywitał, rozmówił z księdzem i mógł do Gniewosza zwrócić.
Był spokojnego umysłu, nie okazywał najmniejszej troski, i swobodnie tak poczynał sobie, jakby sprawy Gniewkowskiego księcia na świecie nie było.