Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja też to samo mówiłem sobie zawsze, a to bieda że oprócz księcia, nikt mi wierzyć nie chciał.
— Ludwik — przerwał Biały — nie jest zły człowiek, ale mu się zdaje, że jest taki wielki, iż drudzy przy nim nic nie znaczą.
— Ludwik? — powtórzył Buśko — zły nie jest, ale jak mu się robak nawinie pod nogą, to — zgniecie.
— Przecież ja nie jestem robakiem? — ofuknął Biały.
— Alboż ja to mówiłem? — odparł Buśko. — A zawsze mu się pod nogą nawijać niebezpiecznie...
Nagle porwał się książę z pościeli.
— Nie! nie — zawołał — niema nic jeszcze straconego? Błazeństwo ten Włocławek... Przecie ja go wziąłem we czterech ludzi!
Rozśmiał się.
— Tak, a Sędziwój paru set potrzebował, aby mi go odebrać. Prawda?
Potwierdził Buśko, książę coś zanucił, śpiewak mu zaczął wtórować, lecz — urwał nagle i spojrzał groźno.
— Cały ten świat — krzyknął — panowanie, moc, bogactwo i baby wszystkie i wszystkie błyskotki marne — garści kłaków niewarte... Plunąć na to! Niema się o co dobijać.
Zaczął się śmiać siedzący w kącie.