Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Słuchaj Gniewosz. Hm? o tobie mało kto wie, że byłeś ze mną. Gdybyś ty tam podjechał i u Sędziwója[1] dostał języka, dokąd myśli ciągnąć?
Gniewosz drgnął trochę — niezbyt sobie życzył dostać się w ręce Sędziwoja.
— Ja bo jestem za stary i za ciężki — rzekł zwolna — obrótniejszego potrzeba...
— Ale ty tu jeden rozum masz — przerwał Biały — jedź, głowy ci nie zdejmą.
Gniewosz podumał — pochlebiało mu poselstwo, nie sprzeciwiał się.
— A no — bąknął — kiedy trzeba, poprobuję.
Poszedł się przysposabiać do podróży. Książę kazał sobie kubek wina grzanego przynieść, wypił je i legł znowu na pościeli. Coś musiał robić — a ochoty nie miał do niczego. W sobie już nie czuł ani woli, ani mocy...
Buśko wszedł i siadł znowu na pieńku. Biały spojrzał nań.
— Słuchaj — rzekł cicho — wszystko to na nic... Namby sobie parę dobrych koni wziąć — i ruszyć nazad do Budy...
Ja wiem że Ludwikby mnie dobrze przyjął?
— Zawczasu jeszcze — pokręcił głową Buśko — a cóż będzie z panną? Szkoda jej — i znowu każą w habit się oblec.
— I to prawda! — odparł książę — masz rozum, ja zawsze mówiłem, że ty rozum masz.

Rozśmiał się mały.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwoja.