Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W duszy miał wszystko za stracone — poczynał znużony szukać sposobu ratowania się z tej toni...
Swej bezczynności i zaniedbaniu nie przypisywał tych skutków, ale — brakowi poparcia, na które rachował.
Obejrzawszy się dokoła, z miną dumną skinął na Gniewosza i poprowadził go do wnętrza.
— A co? — rzekł do niego — spuściłem się na was, pięknieście mnie pokierowali. Rachowałem na Wielkopolskę, zdradzili mnie... wywiedli w pole...
— Księciu jeszcze przecie Złotorya, Szarlej został i Gniewków! — odezwał się Gniewosz.
Biały ruszył ramionami.
— Sam nic nie zrobię — rzekł — wielkopolanie mnie zdradzili...
Przeszedł się po izbie.
— Będę się bronił do upadłego — zawołał nagle. — Wezmą Złotoryę, zamknę się w Szarleju, zabiorą Szarlej, pójdę do Gniewkowa... dam się ubić na stosie gruzów!
Spojrzał na starego śledząc jego myśli.
— Będziemy się bronili — odparł stary nabierając ducha — ludzi na tyle grodów było za mało... Jesteśmy teraz silniejsi.
— I ja tak sądzę — silniejsi teraz jesteśmy — powtórzył książę...
Pomyślał trochę.