Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Buśko. — Oni wszyscy księciu w oczy patrzą i co w nich wyczytają to śpiewają.
— Kto przybył z tego Włocławku? — zapytał książę — który się wysilał na okazanie obojętności.
— Sikora! — rzekł Buśko — głód ich zmorzył... Musieli pierwszych dni strasznie jeść i ogromnie pić... więc na krótko stało...
Książę zwolna podniósł się cały z posłania, suknie na sobie potargane ociągnął, pomyślał trochę, miecz stojący u łoża przy ścianie przypasał, szyszak na głowę nałożył, w bok się wziął, rozprostował i począł iść ku drzwiom.
Buśko wlókł się za nim.
Na przedsieniu stał Sikora upokorzony, z rękami zwieszonemi, jak winowajca. Biały zobaczywszy go, stanął naprzeciw. Udał że o poddaniu się nic nie wie...
— Ty tu? — zawołał — pewnie zamek głodem wzięli? Ja to dawno przewidywałem. Nie przybyłem na odsiecz, bo o Włocławek nie tak wiele stoję, a sił na to szafować nie mogę.
— Mieszczanie i załoga winna wszystkiemu — odezwał się Sikora — ja... trzymałbym się był jeszcze.
Książę ręką zamachnął obojętnie.
Wszyscy przytomni patrząc nań dziwili się krwi zimnej i przytomności księcia. W istocie był już w takim stanie, że się musiał przed ludźmi ratować kłamstwem. Mówił czego nie myślał.