Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Buśko siadł na swem miejscu zwykłem, na pieńku nizkim, pokrytym gunią i — westchnął.
— Jest tam gość — rzekł mrukliwie — ale nie śmie wnijść.
— Kto?
— Nie dobry gość — zawołał Buśko — ja nie chcę go oznajmywać.
Podniósł się trochę książę i popatrzył nań.
Jak pałką po głowie, Buśko go uderzył.
— Włocławek djabli wzięli...
Zmarszczony książę opadł na posłanie.
— Wzięli — dodał — no, to co? Mieliśmy cztery, zostało trzy — i tego jeszcze aż nadto...
Biały milczał.
— Ja się tem nie zgryzę — mruknął Buśko — a i książę nie powinien... Hę? Gdyśmy żadnego nie mieli, dlatego nadzieja była i nie rozpaczało się... Włocławek, prawdę rzekłszy, zawadzał nam — na co on był księciu?...
Patrzał mówiąc.
Biały, który łatwo się dał, gdy potrzebował bodźca, prowadzić lada komu, podniósł się z pościeli i odezwał,[1]
— Na Boga, ten błazen ma więcej rozumu, niż my wszyscy... Niema od czego siwieć... ani czego rozpaczać...
Buśko głową kiwnął.

— Niechże panisko wyjdzie i pokaże im, że do serca nie bierze takiego bzdurstwa — rzekł

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka.