Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


popijając — ja się boję o niego... Gdyby jeszcze Otto z Pilicy był wielkorządzcą, ale z Sędziwojem...
— Tak — Sędziwój rozum ma i męztwo... i umiejętność zażycia ludzi — przerwał Dobrogost — lecz — nie ma w Wielkopolsce miru. Znają go ludzie wiernym Ludwikowi i Elżbiecie, a tych mało kto lubi....
— I — dodał Arnold — cichaczem ci, co po niego posyłali, pomagać będą Władysławowi...
Chłopię przyszło w kominie ogień naniecić, aby izbę rozświecił, gdy zatętniało na moście zamkowym, i trzech konnych wpadło szybko w dziedziniec.
Arnold oknem wyjrzał...
Fryda, która od bytności Lasoty codzień chodziła strojna, z utrefionemi włosami, z łańcuchem na szyi — niby dla świąt, a w istocie dla jakiejś nadziei, do której się nie przyznawała, wbiegła żywo do izby... Rumieniec miała na licu, i drżącym głosem odezwała się...
— Ktoś przybył...
Kończyła wyrazy te, gdy w progu ukazała się postać rycerska, mąż w płaszczu na ramionach, lekki szyszak zdejmujący z głowy...
Mimo upłynionych lat, poznali wszyscy w nim księcia Białego. Fryda zbladłszy, o stół się oprzeć musiała.