Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Otyły Bodcza dobywał się z siedzenia... Dobrogost, Ulryk i Arnold spieszyli na spotkanie.
Książę stał długo jak posąg w progu, z oczyma wlepionemi we Frydę, która drżąc cała, witała go też wejrzeniem...
— Przyjaciele moi — odezwał się wreście gość głosem, w którym wielkie odbijało się wzruszenie — przyjaciele moi — przybyłem do was... Zbiegłem choć na godzin parę...
To mówiąc, płaszcz z ramion zsunął i zwolna począł się ku środkowi izby posuwać. Bodcza ze łzami go ściskał... Dobrogost i Ulryk wyciągali ręce, on się przecisnął pomiędzy niemi do stojącej dalej Frydy...
Lecz jej i jemu na powitanie wzajemne wyrazów zabrakło... Dziewczę sromało się i ulękło, czując, że ją może nie taką znajdzie, jaką pamiętał. W nim wspomnienie jej z widokiem zmienionej i zwiędłej nieco — walczyło... Przyniósł tu w pamięci obraz świeżej, rozkwitłej — a znajdował choć jeszcze w kwiecie, lecz już dojrzałą, poważną niewiastę.
Nim te obrazy zlały się z sobą i rzeczywistość zatarła pamiątkę zbladłą — Biały nieporuszony stał naprzeciw niej. Ujął jej rękę i powoli do ust przycisnął.
Fryda zarumieniła się i odżyła, wyprostowała — zwycięzkiem znowu wejrzeniem mierząc