Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


posypało się co żyło. Załoga jeszcze się była nie przygotowała do obrony... Rachowano może iż ten strzał i trup odstraszą... Stary dowódzca zniknął...
W twierdzy popłoch się musiał stać... Drzazga, który był Szaszora przyjacielem i powinowatym, na jego miejscu począł dowodzić, zagrzéwali i inni... Lasota trąbić kazał i krzyczeć, że gdy zamek zdobędą, nikomu życia nie darują...
Przy pierwszej napaści obrona była słaba... potem zaczęto rzucać kamienie i kilka bal, ale tak niezręcznie, że się nikogo nie raziwszy, stoczyły...
Żołnierz wzięty ze Złotoryi, któremu o to szło, aby Szarlej nie zawstydził go, a spodziewał się też przy zdobyciu łupu... — szturmował zajadle. Sam książę nie zbliżając się, na małym pagórku pozostał widzem bezczynnym..
Wszystko to — nie długo trwało jakoś — po nad wrotami wywieszono gałęź zieloną, dowódzca wyzywał na rozmowę. Drzazga nie chciał słuchać, książę kazał podbiedz Lasocie i — na wszystko się godzić, byle mu gródek poddano.
Śmierć Szaszora, nikogo się nie zdawała obchodzić, czeladź jego płacząc trupa uniosła nieco dalej, siadła nad nim i płakała, nikt zresztą na biedną ofiarę nie spojrzał.
Lasota upoważniony przez Białego, który sam przez się nic nie czynił, a ludźmi się posługiwał tylko; dopadł do wrót, i śmiały a zabiciem Sza-