Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


opatrzoną, oparł ją na poręczy ganku — zdawał się czekać tylko, rychło mu dadzą znak — puścić bełt, który wprost na Szaszora wymierzył.
Cała kupka, która z nim pod wrota przybyła na widok tej zuchwałej groźby, krzyk ogromny podniosła. Sypały się łajania i groźby. Wołano, że Włocławek, Gniewków, Złotorya już się poddały...
Stary słuchał spokojnie. Zdawało się, że to nawet pewne na nim i na innych, co się z okien pokazywali, czyni wrażenie; w tem czy przypadkiem, czy umyślnie, ogromny ów łucznik trzymający kuszę, pociągnął znaczek, bełt świsnął i uwiązł w piersi Szaszora przy samym skraju zbroi.
Młody dowódzca krzyknął, chwycił ręką za tkwiący w piersi bełt — chcąc go wyrwać, zachwiał się na koniu, pobladł i stoczył z niego na ziemię. Towarzysze skoczyli do niego, ratować — lecz krew mu buchnęła ustami, drgnął jeszcze parę razy — i skonał...
Książę, który nieopodal patrzał na to, cofnął się kilka kroków.
Okrzyk zgrozy rozległ się szeroko... Ludzie którzy przyciągnęli z Białym, rzucili się ku murom i z łuków do stojących na nich strzelać poczęli. W jednej chwili, bez rozkazu żadnego ku wałom i ostrokołom z toporami, z oszczepami