Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i otrząsłszy się ze swych marzeń, przybrał bohaterską postawę.
Mało co sam czynił, lecz chciał, aby mu wszystko przypisywano. Począł rozporządzać się głośno i przynaglać.
Chciał Łukosza, który mu się z twarzy podobał, zostawić na zamku przy Sikorze, gdyż on najlepiej go znał, lecz okazało się, że Romlik i on, korzystając z chwili zamięszania, gdy na nich nie zważano, zniknęli.
Łukosz zaledwie otwarłszy bramę, wymknął się do starego, który ze stryczkiem na szyi, zrozpaczony leżał na ziemi, widząc zamek stracony.
W pierwszej chwili odepchnął on Łukosza jako zdrajcę, widziano, że młody długo u nóg jego leżał o przebaczenie prosząc — co się potem stało z nimi? nikt nie wiedział. Oba znikli.
Sikora więc został z załogą na pół nową, ale że zamek był mocny, a polecono mu trzymać się bacznie, i zapas był wszystkiego znaczny, obawy o Złotoryę nie miano żadnej.
Szaszor w nowy szyszak zdobyty w Złotoryi przybrawszy się i parę piór czaplich zatknąwszy u wierzchu, już sobie zupełnie dowództwo przywłaszczył. Rozkazywał, ustawiał ludzi, mianował starszyznę. Książę się do tego nie mięszał wcale.
Jechał znów pogrążony w zadumach.