Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nikomu, — rzekł Lasota, który zdawał się myśl księcia odgadywać.
Biały się przeszedł z głową spuszczoną po izbie.
— Pozdrowienie należy odpłacić wzajemnem, — szepnął cicho. — Bodcza, synowie jego Dobrogost, Ulryk i Arnold mogliby mi być pomocni... Chciałbym posłać do nich kogoś...
Spojrzał na Lasotę.
— Miłościwy panie, — odezwał się zagadnięty, — ja mogę się przydać w Szarleju, kiedy nań iść mamy... Szaszor bardzo dobry do rady, ale gorączka... Nie radbym go odstąpić.
Słuchał z uwagą Biały i głową dał znak, że się zgadza.
— A więc z Szarleja, da Bóg, pojedziecie do Drzdenka z pozdrowieniem odemnie.
Przyszła mu zarazem myśl śmiała, posłania pięknej Frydzie choćby pierścienia przy pozdrowieniu. Niestety! pomimo zdobycia trzech grodów, książę nie miał jeszcze nawet złotego kolca, któreby mógł ofiarować!
Zmilczał więc, myśl tę zachowując w sobie.
Szaszor, który się palił do wykonania poddanego planu, nie dał księciu długo zabawiać się marzeniami. Zaledwie konie zostały napasione, załoga przebrana, siła, która miała iść z niemi, skupiła się, wołał już — do koni.
Książę z pośpiechem począł zbroję wdziewać