Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dzień był już, gdy zamek i mieścina ukazały się nadciągającym pod Szarlej.
Szaszor patrzał pilnie, chcąc wnieść z jakiejś oznaki, czy wysłaniec jego dostał się tu i poprzedził ich postrachem.
Zdawało się to prawdopodobnem, gdyż, mimo bardzo rannej pory, a zupełnego w kraju spokoju, około gródka, na wałach, ujrzeli snujących się niespokojnie ludzi. Na jednej baszcie postrzegł Szaszor kilku, którzy zdawali się tam stać na czatach, wypatrując, czy się co w okolicy nie pokaże.
Nowemu dowódzcy, któremu nie zbywało na przebiegłości i rycerskim instynkcie, szło o to, ażeby siły, które prowadził, jak najgroźniejszemi się zdala okazały.
Rozporządził więc ludzi swych tak, aby się długim sznurem ciągnęli, zrzadka rozbiwszy się; i wojsko w istocie mogło na pierwszy rzut oka omamić, wydając się liczniejszem niż było.
Książę ujrzawszy gródek, stanął, odwrócił się i oczyma zaczął szukać Szaszora, który wskok ku niemu przybiegł.
Wzrokiem pytał, co teraz poczynać mieli. Szaszor nie tracąc wielkiego ducha, którego przez drogę w sobie jak mógł zagrzewał, chciał gwałtownie napaść, i o ile było można, osaczyć gródek, wrzawą i zuchwalstwem zastępując siłę.
Nie sprzeciwił mu się książę.