Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mnisze śluby, suknia, którą zrzucił, ciężyły mu jak pomsta groźby Bożej. A nuż Bóg na to tylko go podniesie wysoko, aby tem cięższym pokarał upadkiem?..
Spoglądając na miecz u boku, na zbroję, na szyszak, a przypominając czarną suknię, drżał lękając się piorunu z nieba.
— Papież, gdy będę możnym, od ślubów mnie uwolni, — mówił do siebie.
Razem z temi myślami, zbliżając się do Drzdenka, Biały mimowolnie przypomniał sobie Frydę Bodczankę. Odpędzał to wspomnienie, narzucało mu się niepozbyte.
Wiedział, że Fryda była w nim rozmiłowaną dawniej. Lasota przyniósł mu od niej pozdrowienie. Niegdyś, po stracie żony, choć lubił ją, nie chciał się do niej przywiązać.
Wspomnienie zmarłej tę nową miłość odpychało. Teraz narzucała mu się ona jako upragnione, odnowione szczęście, po wyrzeczeniu się go powracające. On, co już ani wzroku na niewiastę, ani myśli ku niej nie śmiał podnosić, on, mógł jeszcze mieć żonę, rodzinę... Serce mu biło.
Tem gwałtowniej pragnął tego i marzył, iż na wieki się był zrzekł wszelkiego zetknięcia z światem niewieścim, a serce puste domagało się nowego pokarmu.
Do pragnień władzy, swobody, wyniesienia się, przybywała żądza, wrodzona człowiekowi po-