Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dwojenia swej istoty, połączeniem z drugą. Wśród ciszy słyszał już głos jej, przypominał piosienki; widział jej wzrok w siebie wlepiony.
W Gniewkowie naprzód to imię Frydy przyszło go we śnie gorączkowym nawiedzić, z niem się obudził, niósł je z sobą przez drogę, nawet gdy cały zdawał się Romlikiem zajęty.
Nowe powodzenie marzeniu temu nadało siłę większą.
Zaczynał wierzyć w to, iż ono ziścić się może. Papież musiał przebaczyć... mógł się kapłan znaleść do pobłogosławienia związku...
Łudził się.
Na krótko myśl o zdobyciu Szarleja oderwała go od tych snów niebezpiecznych, lecz zaledwie słowo wyrzekł, rozkaz dał, zostawszy sam, zanurzył się znowu w tych rojeniach o przyszłości.
Władysław Biały był człowiekiem wrażeń silnych, gwałtownych, choć krótko trwających.
Pod ich naciskiem głowa mu się zawracała. Myśl raz powzięta w mózgu niespokojnym z szybkością nadzwyczajną rosła, rozwijała się, potężniała, by w końcu pęknąć jak bańka mydlana.
Tak teraz opanowała go ta Fryda i — przyszłe gniazdo, które fantazya uścielała.
Nie mógł się powstrzymać od marzenia.
Zapuściwszy się w nie, postrzegł się dopiero nierychło, iż je całe oparł na jednem jeszcze w Dyżonie rzuconem słowie Lasoty. Chciał jego