Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w imieniu księcia przywłaszczył sobie moc nad wszystkiem.
Nikt mu się nie sprzeciwiał.
Człowieka, który trwogę miał przodem zanieść, już wybrał zawczasu, do kąta go wziął, naszeptał mu co było potrzeba, na koń wsadził i z zamku precz z pośpiechem wypchnął.
Wieść o wyprawie na Szarlej nie rozeszła się jeszcze była pomiędzy ludźmi księcia, nie wiedzieli o tem, tylko Szaszor, Lasota i Buśko, który był milczący, a nie dowierzając przyszłości, starał się tylko z obecnego stanu korzystać. Z Gniewkowa, z Włocławka, co mógł pochwycić w sakwy pakował, i na Złotoryi też, zawsze w imieniu księcia po kątach wszystkich wietrzył, czy by się co nie znalazło.
Sam książę dotąd niewiele własną wolą działał, niosła go jakaś fala szczęśliwa, i dawał jej pchać się dalej.
Najśmielsze marzenia jego przechodziło to, co się ziściło w przeciągu dni niewielu, zaczynał wierzyć w jakieś przeznaczenie. Jasno jednak nie widział przyszłości, sądził, że ona przyjdzie i narzuci mu się sama.
Młodzi towarzysze, Szaszor, Lasota, Sikora z innymi, którzy od Gniewkowa z nim byli, czynili zań wszystko. On — marzył.
W duszy walka dziwna odbywała się między nadziejami najzuchwalszemi i nieopisaną trwogą.